sobota, 25 października 2014

Miłość to zwycięstwo

Gepardy zdziwiły się bardzo widząc idącego po skale lwa, lecz nauczyły się już, że
nie warto robić czegokolwiek bez rozkazu władcy.
 
Simba kroczył śmiało na wprost niebezpieczeństwu.
Niebezpieczeństwem tym był Zandeo, który uśmiechał się złowieszczo, a jego czerwone jak krew oczy lśniły mu niczym diamenty.
- Simba! Czego tu szukasz?-rzekł śmiejąc się podstępnie gepard.
- Chcę mojej ziemi, i moich ludzi!-odrzekł prawowity król
-Hahaha! Nie wiesz, na co się piszesz...
Wywalcz ją!-Ryknął Zandeo, po czym pstryknął, a za nim pojawiło się około trzystu wojowników. 
Simba zatrząsł dumnie grzywą, zza niego wyłoniło się dwieście rogatych lwów, oraz tyle samo skrzydlatych tygrysów.
-Odmieńcy...-szepnął Zandeo.
A jego wojsko błyskawicznie się wycofało.
Gepardy uciekały w popłochu, został tylko jeden niebieskooki młodzieniec.
Leżąca na grzbiecie Diary Tamaya odrazu go poznała.
- Tambao...-pomyślała, a kilka łez stoczyło jej się po policzkach.
On także ją poznał.
Puścił jej oczko, po czym zakradł się cicho za Zandaem i skoczył mu na grzbiet, wgryzając mu się w łapę.
Władca wrzasnął żałośnie i zajął się zdrajcą.Zamachnął łapą, , wysunął pazury i....
Tambao zamknął już oczy, czekając na śmierć, aż nagle...
Król oszust opadł nieżywy na ziemię, a kto za tym stał?
Przed Zandaem stała ciężko dysząc, i wciąż nie dowierzając w to, co zrobiła...Tamaya!
Zobaczywszy, że Tambao żyje, wpadła mu w ramiona, z jej oczu polała się fontanna łez.
- Co ja zrobiłam!?
Ale...Wiesz...Kocham Cię...-powiedziała gepardzica.
Teraz już nie tylko ona płakała.
Lwia Ziemia skąpana była w rzece płaczu.
Płaczu radości.
Ale gepardziczka nie myślała o tym, że uratowała całą północną Afrykę, zależało jej tylko na tym, że uratowała swojego ukochanego...

Nowy początek-początek miłości

Sawanna skąpana była w świetle porannego słońca. 
Wczorajszego wieczoru Mbaya, Tamaya, Diara i Simba ruszyli na północ.
Zazu i Mufasa lecieli za nimi.
Lwia Ziemia była pod władzą Zandeo, więc nie działo się tam dobrze...
Wciąż trwała wojna z tygrysami...
Simba martwił się zwłaszcza o Mbaye,
Ponieważ chcąc nie chcąc, była tygrysicą.
Szli przez spękaną, suchą pustynię, 
dysząc ciężko, i nadaremnie szukając wśród kamieni i wypalonych skał, choćby kropli wody, ale nie było nic.
Wędrowali miesiącami, aż wreszcie...
W zaparowanym powietrzu unosił mię zapach spalonej ziemi, a na horyzoncie widok falował pod wpływem gorąca, a co tam falowało?
Lwia skała!
Simba przyspieszył biegu, ale mała Mbaya już nie mogła znieść temperatury, która wciąż wzrastała, tygrysica zemdlała...

- Simba! Zlituj się na miłość boską! Ratuj to dziecko!-Ryknęła ostatkiem sił Diara.
Simba odwrócił się, zobaczywszy leżącą bez ruchu paskowaną dziecinkę, ruszył ku niej.
Zarzucił ją sobie na grzbiet, Tamayę w pysk, a Diara?
-Dam radę-rzekła dumnie Matka sióstr.
Pędzili niczym pustynny wicher, nie zatrzymując się ani na krok.
W końcu dobiegli do skały.
-Ciiiiiii...-szepnął czerwonogrzywy lew
-Patrz, tu jest jaskinia, schowaj tam dzieci, i odwróć uwagę straży.-Powiedział Simba patrząc Diarze prosto w oczy.
Było w tym coś, że gepardzica musiała mu zaufać.
On wbiegł prosto na pole walki, a ona gorączkowo zaczęła wypełniać rozkazy.
Włożyła dzieci najgłębiej jak mogła, do pęknięcia skały, które było prawie zupełnie niewidoczne, zakryła wejście liśćmi palmy, i kamieniami.
Dzieci były wyczerpane podróżą, , więc szybko zasnęły.
Gepardzica ostrożnie wyszła zza ściany groty, po czym podeszła do miejscowego strażnika.
-Przepraszam, jestem wojowniczką pierwszej ligi straży centralnej nr 3 kodu 234, obrabowano mnie ze zbroi i broni, gdzie odnajdę nowy ekwipunek?-zapytała pewnie Diara.
-Hmmm...No...Wie pani...-rzekł niepewnie nawet nie patrząc na nią szczupły gepard, jednak gdy spojrzał,
Zauroczył się od pierwszego wejrzenia. 
- N...N....Niech....Niech pani weźmie moją.-poprawił się Deo, bo takie imię nosił strażnik.
Diara wzięła od niego zbroję, potem broń, a potem....
Dała mu w twarz ogonem tak, że gepard zemdlał, i ruszyła za Simbą.
Lew ponownie spojrzał na nią swymi głębokimi lśniącymi oczyma, czerwona jak róża grzywa, falowała mu na wietrze, a szczery,ciepły uśmiech, rozświetlił jego twarz , i rozwiał wszystkie lęki i smutki...
Diara patrzyła na niego z radością, poczuła dziwne, jakby motyle w brzuchu, serce poczęło bić mocniej, a oczy błyszczeć jak gwiazdy.
Gepardzica czuła się dziwnie...
- Ja się zakochałam!

piątek, 24 października 2014

Ucieczka

Przez ostatnie tygodnie Mbaya przechodziła przez wiele trudów,
ojciec nie oszczędzał jej krwawych kar,siostra straciła do niej zaufanie,a matka ignorowała jej prośby o pomoc,jednak nie dlatego,że nie obchodził ją los córki,wręcz przeciwnie.
Ostatnio upolowana zwierzyna starczyła na długo,tak,że ojciec nie musiał ruszać na polowanie.
Gdyby tylko, to Diara natychmiast wytłumaczyłaby wszystko tygrysiczce,ale nie mogła...
Mbaya była na skraju wycięczenia,zrobiła się już odporna na ból, ale tęskniła za miłością i dobrocią, jaką darzyła ją mama jeszcze kilka dni temu.
A Diara robiła to dlatego,że pamiętała sytuację z minionego tygodnia.
Gdy podjęła próbę obrony córki, o mało co nie przypłaciła tego życiem, a co by zrobiła jej kochana córeczka bez niej?
Ale skąd taka mała tygrysiczka mogła o tym wiedzieć?
Czuła się odrzucona...
Z każdą chwilą czekała na śmierć.
Nad jej ciałem sępy zataczały powolne kręgi.
Ani myślała, żeby teraz kto ją uratował,a jednak...
Na skale pierwszy raz chyba od wieków dało się słyszeć donośny dźwięk królewskich trąbek.
Zaciekawionej tygrysiczce już nic innego było do roboty, ale widok ją oszołomił.
To nie były trąbki królestwa ,,Krainy Odmieńców''.
Między zgraną orkiestrą żyraf szedł dumnie kto?
SIMABA!!!
On żyje?
-S-Si-Ssi-Ssimba?-Spytała oszołomiona Mbaya,nadal nie wierząc w to, co widzi
Czerwonogrzywy lew kiwnął głową na znak,że tak.
Szepnął jej do ucha kilka słów,po czym wziął ją w pysk i odszedł.
Jej ojciec patrzał na to obojętnie, ale w duchu cieszył się, że ten ,,intruz'' wyniósł się z rodziny.
Matka płakała głośno, była na siebie zła , że nie zapewniła jej normalnego, szczęśliwego dzieciństwa.
W chwilę później pobiegła wraz z Tamayą za nimi, i razem ruszyli w drogę.
Drogę do lepszego,nowego miejsca.
Wszystkich przepełniała radość, nareszcie wszystko sie zmieni!
Ach, gdyby tylko wiedzieli , przez co będą musieli przejść... 

Odmieńcy!

Słońce zbudziło do życia wszystkie stworzenia, ptaki zaczęły śpiewać a małpy krzyczeć.
Nadszedł dzień...Pierwszy dzień nauczania.
W grocie panowała wrzawa.
Na mordce Mbay po raz pierwszy od wielu dni zagościł uśmiech.
Cieszyła się że pozna nowe osoby, i może będzie miała się komu zwierzyć.
Mama powoli dochodziła do siebie.
Nastała chwila odprowadzenia dzieci do baobabu Rafikiego.
Wśród lwiątek, pum, lampartów, gepardów i tygrysów rozległy się szepty.
Oczywiście w grupie 78 osób szept przemienił się w krzyk.
W końcu do sióstr podszedł śmiało
Lewek o brązowej, ułożonej na bok grzywce i głębokich, brązowych oczach.Uśmiechnął się do przybyszek
szczerząc białe jak śnieg zęby.
-Siema dziewczyny-rzekł urokliwie.
Jego uwagę przykuło natychmiast to, że tygrysica i gepardzica tak obojętnie stoją obok siebie.
-Ej...Stoicie, ot tak, obok siebie, i nawet nie warkniecie na siebie?-spytał wyraźnie bardzo zaciekawiony.
Tygrysy i Gepardy toczą wojnę, nie nawidzą się. 
Tygrysica odparła miło
-Wiesz, , jesteśmy siostrami.
Tygrysica była zauroczona lwem od pierwszego wejrzenia. 

-Co!?-lwiątko było oszołomione.
-Ludziska, odmieńcy!!!
-wrzasnął, i w jednej chwili wszystkie zwierzęta zebrały się w kącie.
Rozległy się wrzaski typu:
-odmieńcy przenoszą choroby!
Albo:
-one są córkami szatana!

Shenzu ruszył w stronę wodopoju.
- Hej, czekaj, proszę...-ryknęła błagalnie Mbaya
Aż nagle poczuła, , że ktoś złapał ją za ramię, i ukłuł pazurami.
-Hej! Ty szmato! Wracaj tam, skąd przylazłaś, i zostaw w spokoju mojego chłopaka!-Warknęła Fughao, dziewczyna Shenzu.
- T-twój...Twój chłopak? -szepnęła Tygrysiczka.
Była załamana.
Tymczasem Tamaya flirtowała z pięknym gepardem, jedynym, nie wyśmiewającym się z sióstr.
Reszta czasu spędzonego w szkole minęła opluwaniem i wyzywaniem ,, odmieńców".
Gdy wróciły do domu, Mbaya zwierzyła się matce.
Rozmowę tę podsłuchał ojciec.
-To po co mówiłaś, że jesteście siostrami!?-wrzasnęła Diara
-Taka jesteś śmiała!? Zobaczymy!!!
Od teraz będziecie miały nauczanie w domu!!!-ryknął Hoghu
-Przez Ciebie straciłam chłopaka-warknęła zalana łzami Tamaya,
A Mbaya?
Czuła się okropnie, marzyła tylko o tym, by zakończyć to cierpienie,
Umrzeć...

Ja nie żyję! Ja trwam!

Minęły 3 miesiące odkąd urodziły się, jak je nazwano,
Tamaya-gepardzica i Mbaya-tygrysica.
Mbaya nauczyła się kilku zasad przetrwania:
1.Kiedy ojciec w domu, nie mów nic nikomu
2.Nie przytulaj się do mamy, jeśli chcesz uniknąć rany
3.Na polowanie idzie tata?
Za męczarnie twe zapłata
4.Ciepłe mięso przyniósł on, zjesz se resztki, teraz won!
5.Zawsze w pas mu kłaniaj cię,
jeśli nie, to będzie źle...
6.Tylko nie obgaduj, nie,
chyba że głowę stracić chcesz.
7.Nieodpowiednio zrobisz coś,
oj dostaniesz ostro w kość
8.W oczku się pojawi łza,
ojciec do awantury powód ma.
9.I nie próbuj się z nim kłócić, chętnie tobą w ścianę  rzuci
10.Do tych zasad stosuj się, bo cię tata zabije!

Mała córeczka tego okropnego stworzenia, dzielnie wcielała w życie te zasady.
Nadszedł ,, czas pokoju".
Ojciec ruszył na polowanie, więc Mbaya odetchnęła z ulgą.
Wtuliła się w  ramię matki i mruczała radośnie.
Matka jednak nie reagowała.
-Najwyższy czas...byś poszła na nauczanie.Do Rafikiego.-rzekła oschłym głosem Diara.
Mała potomka drgnęła.
-Co?-spytała wyraźnie zaciekawiona.
W ich stronę ruszyła jak zwykle królewskim krokiem Tamaya.
-Nie wiesz? Przecież to oczywiste.
Będziemy się uczyć.Czy ty spałaś, na wykładach ojca?-spytała z nutą zgryźliwości ,, Młoda królowa", jak nazywała ją mama.
Tygrysiczka ruszyła głową na znak, że rozumie.
W tejże chwili do jaskini wpadł Hoghu, wręcz dymiący ze złości.
-CO TY TU ROBISZ!? MIAŁAŚ OSTRZYĆ PAZURY!!!
I już wziął zamach, by zadać może nawet śmiertelny cios przerażonej córce, gdy...
-NIEEEEEEEEEE!!!-Przed tygrysem stanęła jego wybranka.
-Nie rób tego!!!-warknęła, ale pożałowała...
Mąż uderzył ją z całej siły, a jego ostre pazury zatopiły się w boku Diary, która wylądowała w drugiej części jaskini...
-MAMO!!!-wrzasnęła Tamaya
-s-ss-spokojnie...To...to nic-szepnęła z trudem matka, i ostatkiem sił podniosła się, wzięła córkę w pysk, i ruszyła w stronę legowiska. 
Nie była już w stanie obronić swojej paskowanej córki, serce pękało jej z rozpaczy, i wstydu, że nie wysłuchała swojej mamy...
Tymczasem:
Mbaya dyszała ciężko, wlepiła swe zielone oczy w ojca.
Czuła się, jakby patrzała w oczy śmierci:
-To już koniec...

Mbaya-niechciane nowe życie

W krainie odmieńców rozpoczął się nowy dzień, a wraz z nim dwa nowe życia, lecz nie każde znajdzie wśród rodziców kochającą rodzinę, i wymarzony dom...
Wśród ciszy poranka, rozległ się krótki, lecz bardzo głośny krzyk Diary.
Gepardzica rodziła.
Nie minęło kilka minut, a na świecie pojawiły się dwie nowe istoty,
Tygrysiczka, i gepardziczka.
W jednej chwili pojawił się ojciec.
Rzucił srogie spojrzenie nowo narodzonemu potomstwu, po czym spojrzał gniewnie w stronę bezbronnej paskowanej córce, i uderzył ją łapą:
-Wysłannica szatana!-ryknął.
-Co w Ciebie wstąpiło!?-warknęła matka, ale natychmiast tego pożałowała, gdyż dostała cios w lewe oko, po czym został krwawy ślad, postanowiła już nic nie mówić.
Żal jej było bardzo, małej tygrysicy, i było jej okropnie wstyd, że nie wysłuchała rodzicielki, gdyby tylko wiedziała, co tam się dzieje...
                       ♡♡♡
-Przygotować wojska do ataku!-Ryknął
na cały głos król-oszust
-Ale, panie! My...My nie jesteśmy gotowi! A..A n-nn-nnasze-rr-rodziny?-spytał gorączkowo lew
-MILCZ GŁUPCZE!!!
Na tym zakończyła się rozmowa.
Nareszcie! Nareszcie zostanę władcą całej północnej Afryki!!! Głupi poddani, głupia Diara, głupi Hoghu! Nie zdają sobie sprawy z tego co was czeka....

Kraina odmieńców

Mufasa zaprowadził ,,zakazaną parę" za spaloną skałę.
Przyzwyczajone do spękanej i gorącej pustynnej ziemi łapy brązowookiej gepardzicy nagle poczuły wilgotną trawę, otoczenie zmieniło się zupełnie.
W powietrzu unosił się zapach róż i begonii, drzewa były pełne soczystych owoców, a ptaki śpiewały wesołe melodyjki.
Jednak zwierzęta były tu inne niż na Lwiej Ziemi.
Nie tyle z wyglądu, co z usposobienia.
Gdy tylko pojawiły się nowe osoby, zostały ciepło powitane.
Gdy przekroczyli próg Krainy Odmieńców, powitał ich miły ptak takimi słowami:
-Witajcie, przybysze z północy! 
Nazywam się Zazu, i jestem majordomusem tutejszego...-i przerwał, a w małych, czarnych oczkach, zakręciły się trzy łzy.
-Naszego króla, dobrego i sprawiedliwego, zabił pewien gepard.
Setki lat temu, lwią ziemię zniszczono, w wyniku wielu wojen toczonych z tygrysami.To Mufasa jest prawowitym władcą Lwiej Ziemi.
Zandeo był zwykłym obywatelem, ale był zazdrosny o władzę Mufasy.
Pewnego dnia zabił go i został królem. ..Legenda głosi, że Lwia Ziemia nie zniknęła na zawsze.
Gdy dobry gepard zobaczy Lwią Ziemię taką, jaką była, będzie prawowitym władcą i Ziemia pojawi się na nowo...-rzekł Zazu
Diarze włosy stanęły dęba.
-Ja ją widzę!

Nawiedzenie

M-MUFASA!?
-We własnej osobie...-odrzekł radośnie wielki lew
-Ale...Ty nie żyjesz.-szepnęła oszołomiona gepardzica.
-Owszem.-przytaknął Mufasa
-Co!? Ja już nic nie rozumiem!-wrzasnęła Diara.
-Zrozumiesz...W swoim czasie, a teraz, chodź ze mną.-powiedział ciepło duch
Hoghu już opuścił głowę, już miał ruszyć w przeciwną stronę, gdy:
-Hej! Ty też, szczęściarzu.Nie wielu zdarza się taka kobieta...-zawołał Mufasa, i razem ruszyli w stronę niepozornej skały...
☆●☆
Na sawannie słychać było donośne okrzyki zbuntowanych ,, obywateli" Lwiej Ziemi. 
Odkąd odeszła Diara, a jej matka umarła z rozpaczy, ojciec nie był już tym samym, dobrym królem...
Nie był też prawowitym królem...
Myślał tylko o sobie...Zwierzęta ginęły w męczarniach, lwy wychodziły na polowania i już nie wracały, a wszystkie lwiątka zostały zabite...
Te wszystkie prawa, które zostały zawarte przez Kareę, zostały złamane.
O sprawiedliwości nie było mowy.
Usunięcie Karei i jej córki było w jego planach.
Lwy i lwice powyżej 2 roku życia zostawały przygotowywane do wielkiej wojny.Wojny na śmierć i życie.
A czy myślano o ich potrzebach, o ich rodzinach?-w życiu! 
Za każde odmówienie wykonania rozkazu, za jakikolwiek szept na temat władcy, był karany cięciem skóry sprawcy, lub, co gorsza, zabiciem rodziny zdrajcy na jego oczach.
Na sawannie nie działo się zatem dobrze...
W planach Zandeo były trzy słowa.
ZABIĆ-KRÓLOWAĆ-ZNISZCZYĆ

Magiczna wędrówka

Sawannę zalały pierwsze promienie porannego słońca, jednak na pustyni nie wróżyło to dobrze...
Temperatura wzrosła daleko powyżej normy, wysysając ze spękanej ziemi ostatnie krople wody.
O roślinach zapomniano już dawno temu, a ze zwierząt przetrwały jedynie hieny, i sępy, okropni padlinożercy, czekali tylko, aż dwa wycięczone stworzenia, mknące ślepo przez pustkowie, nie uciekną przed śmiercią, i padną...
W śmiertelnej ciszy słychać było jedynie głuchy trzepot sępich skrzydeł.
Te ptaki,symbol końca, zataczał kręgi nad dwoma osobnikami.
Diarą i Hoghu.
Ale nagle...Coś spłoszyło drapieżne ptaszyska, to coś nie mogło być zwykłą zwierzyną...
Zza spieczonej słońcem skały wysunął się potężny lew, ale kto to?
Bujna brązowa grzywa, złota sierść...
Zaraz zaraz! M...M-m-mu...MUFASA!?
Tak, ten zagadkowy zwierz, to prawowity władca lwiej ziemi, ale, co on tutaj robi, gdzie oni są, i o co w tym wszystkim chodzi? 
Wszystkiego dowiecie się w następnym poście.
_____________________♥
To chyba mój najlepszy post,
Liczę na dużo komciów,
♥ was, wasza Monako

czwartek, 23 października 2014

Idąc w drogę bez końca...

Ale...- szepnęła Diara
Tak?!-warknęła Karea, matka gepardzicy
Widocznie przewidywała niekorzystną odpowiedź, w jej oczach widać było zdesperowanie.
- A może lepiej jej tego nie mówić?
A może powiem?
A nie...Lepiej ubłagać mamę, by przełożyła termin.Może pogodzić się z losem?-te wszystkie myśli przelatywały przez głowę młodej gwiazdy z wielką szybkością.
-Nic...-odrzekła szeptem
-Ach tak?-zapytała mama z wściekłym wyrazem twarzy.
-No dobra...Ja g..J-ja go...JA GO NIE KOCHAM!-ryknęła wreszcie.
Mama zdębiała.Wszystkie marzenia, wszystkie nadzieje, przepadły, tak w jednej chwili!?
Łzy zaczęły mimowolnie spływać jej po cętkowanych policzkach.
Jej donośny krzyk rozbiegł się po całej grocie.
Nie minęło kilka sekund, a w oddali dało się usłyszeć gorączkowe warknięcia lwów i uderzenia kopyt spłoszonych zebr.
Diara była następczynią tronu, więc za razem zrzekła się bycia królową Lwiej ziemi...
Zza rogu wyszedł z głośnym rykiem Zandeo, król, i ojciec Diary.
W tejże chwili wbiegł na skałę także dobrze zbudowany,wielki tygrys. 
- Zdrajczynio!!!
Wiesz dobrze, że tygrysy toczą z nami wojnę od wieków! A ty, ty śmiesz zadawać się z tym czymś?-Ryknął głośno i wściekle Zandeo.
-,, To coś"ma imię! Zambeus nigdy nie chciał walki! Hoghu, jego potomek także nie chce!!!
-Dość!!!Wynoś się!!!-Ryknął wreszcie król, tak donośnie, że  na całej sawannie zapadła cisza.Śmiertelna cisza...
Diara już bez słowa wraz ze swoim partnerem tylko cicho warknęła i ruszyli w przeciwną stronę, przed siebie...
Rozpoczęła się wędrówka do nikąd, droga bez końca...
A matka, widząc to wszystko, w fontannie łez, opadła na ziemię, 
Ale już nie wstała.....
______________________
Pisała wasza Monako
I co, fajnie Kohu?

Rana na zawsze...

Sawannę rozświetliły pierwsze promienie słońca...
Wszystkie stworzenia budziły się do życia.
Wszystkie oprócz małej Diary.
Pochodziła ze znanej i sławnej rodziny gepardów.Najszybszych gepardów północnej Afryki. 
Pomimo, że była rozpieszczana, niczego jej nie brakowała, a każdy jej kaprys był dla rodziców święty, była dobrym dzieckiem.
Matka była dumna ze  swojej córki, do czasu...
-Mamo...-spytała jakby z przestrachem już nie taka mała Diara.
Tak kochanie?-głośnym echem dobiegł głos z drugiej części jaskini.
-No, chodzi o ten ślub...-rzekła smutno gepardzica
-A no tak, zapomniałam Ci powiedzieć. Masz załatwione.
Jutro spotkasz się z tym wspaniałym wychowankiem twego ojca, dumnym i wykwintnym sportowcem, a już pojutrze zaślubiny!-rzekła matka z taką radością, że Diarze zakręciła się łza w oku.Ale nie łza szczęścia, ponieważ to, co zamierzała powiedzieć matce, zraniło ją bardzo.
Za bardzo...

Przeciwieństwo

                                                                                   ♥Mbaya♥

Tak tak....
To moje imię...
No wiem, to idiotyzm, mbaya znaczy zło.
Raczej mój ojciec mógłby się tak nazywać.
Ale trudno...
Ciarki przechodzą po mnie na samą myśl o tym że jestem jego potomkiem, potężnego i podstępnego tygrysa.
Moja mama to gepardzica, i bardzo jej zazdroszczę. 
Moja siostra, Tamaya, też jest gepardem.
Jest taka dostojna i dumna, a ja?
Zwyczajny, nudny tygrys, którego wszyscy osądzają po imieniu...
Tamaya zawsze była przez innych faworyzowana, zazwyczaj o mnie nie myślano...
Czasem wydaje mi się, że jestem szarym cieniem, duchem, który nie istnieje...
Może ja wcale nie powinnam istnieć?
Ale...Bardzo kocham moją siostrę, i moją mamę, lecz wydaję mi się, co do siostry, że ona mnie nie...
                         ☆Tamaya☆
Co do mojego imienia, jestem zadowolona. 
Tamaya znaczy wybranka.
Niestety, nie jestem w stanie stwierdzić, 
o co w tym chodzi,lecz nie mam na co narzekać. 
Jestem smukłą gepardzicą, o oczach koloru letniego nieba.
Moja mama także pochodzi z rodu gepardów, ale jest zupełnie inna niż ja.
Ona wyparła się korony, władzy nad całą Lwią Ziemią!
Ja na jej miejscu nie zawachałabym się ani chwili.
Ale cóż, mieszkamy w dobrym miejscu. 
A jeśli chodzi o moją siostrę, Mbayo,
jak mogłaś tak pomyśleć? Kocham Cię!
Mbaya:
No wiem, ale czasem w to wątpię...
Tamaya:
No co ty?
M:
Sorka...
Razem:
Siostry?
Taaak!
Kochamy się!
A to my, , nastolatki.
By:Monako