nie warto robić czegokolwiek bez rozkazu władcy.
Simba kroczył śmiało na wprost niebezpieczeństwu.
Niebezpieczeństwem tym był Zandeo, który uśmiechał się złowieszczo, a jego czerwone jak krew oczy lśniły mu niczym diamenty.
- Simba! Czego tu szukasz?-rzekł śmiejąc się podstępnie gepard.
- Chcę mojej ziemi, i moich ludzi!-odrzekł prawowity król
-Hahaha! Nie wiesz, na co się piszesz...
Wywalcz ją!-Ryknął Zandeo, po czym pstryknął, a za nim pojawiło się około trzystu wojowników.
Simba zatrząsł dumnie grzywą, zza niego wyłoniło się dwieście rogatych lwów, oraz tyle samo skrzydlatych tygrysów.
-Odmieńcy...-szepnął Zandeo.
A jego wojsko błyskawicznie się wycofało.
Gepardy uciekały w popłochu, został tylko jeden niebieskooki młodzieniec.
Leżąca na grzbiecie Diary Tamaya odrazu go poznała.
- Tambao...-pomyślała, a kilka łez stoczyło jej się po policzkach.
On także ją poznał.
Puścił jej oczko, po czym zakradł się cicho za Zandaem i skoczył mu na grzbiet, wgryzając mu się w łapę.
Władca wrzasnął żałośnie i zajął się zdrajcą.Zamachnął łapą, , wysunął pazury i....
Tambao zamknął już oczy, czekając na śmierć, aż nagle...
Król oszust opadł nieżywy na ziemię, a kto za tym stał?
Przed Zandaem stała ciężko dysząc, i wciąż nie dowierzając w to, co zrobiła...Tamaya!
Zobaczywszy, że Tambao żyje, wpadła mu w ramiona, z jej oczu polała się fontanna łez.
- Co ja zrobiłam!?
Ale...Wiesz...Kocham Cię...-powiedziała gepardzica.
Teraz już nie tylko ona płakała.
Lwia Ziemia skąpana była w rzece płaczu.
Płaczu radości.
Ale gepardziczka nie myślała o tym, że uratowała całą północną Afrykę, zależało jej tylko na tym, że uratowała swojego ukochanego...
